sobota, 8 grudnia 2012

Dom idealny


Tak, takie domy naprawdę istnieją.


Wczoraj cały dzień opiekowałam się dziećmi znajomych.
Znajomych, którzy mają dom idealny.
Dom, nad którym zachwycałabym się oglądając go w jednym z licznych architektoniczno-wnętrzaskich pism, dom, obok którego nie przeszłabym obojętnie, dom, który budzi we mnie największe marzenie...
W zasadzie prosty (idealnie prostopadłościenny klocek z drewna), salon, 3 malutkie pokoje, nieduża łazienka i ogromna kuchnia - LOVE! plus przeogromne szyby, przez które wlatuje tyle światła!


Coś co zachwyca mnie najbardziej, czyli łazienka o jakiej zawsze marzyłam.
A właściwie to wanna. Jeszcze bardziej właściwie, to jej usytuowanie - przy sporym oknie, z widokiem na morze...
I jak tu nie kochać długich kąpieli!


Plus dbałość o detale:


Dom robi wrażenie, mimo, że nie jest to willa w Kalifornii z 5 łazienkami i 10 sypialniami, to i tak jestem zachwycona. A w taki słoneczny dzień jak był wczoraj, to miejsce wyjęte prosto z bajki!
A widoki, które mam na co dzień (właściwie jesteśmy sąsiadami), z takiego domu zachwycałyby mnie jeszcze bardziej!
I to właśnie one w dużym stopniu budują klimat tego domu - położenie domu w niewielkiej zatoczce, na sporej górce, z widokami na morze:


Dom ten nie jest dla mnie nowością. Znam go bardzo dobrze, często w nim bywam, ba! kilka miesięcy temu własnoręcznie pomagałam im z kończeniem budowy!
Ale pierwszy raz wzięłam ze sobą aparat, a do tego pogoda dopisała więc dzielę się zdjęciami z Wami!
Żeby nie było, że o dzieciach zapomniałam! Glutek do opieki numer jeden:


A w między czasie zrobiłam chałkę, a właściwie Challah bread, z TEGO przepisu:


Ale wracając do domu..
 To widok na skały znajdujące się na wprost domu, dosłownie jakieś 2 metry od głównej, ścian budynku - tędy wchodzi się do domu. Zazwyczaj spływa w tych miejscach woda z góry, ale jako iż od kilku dni temperatura na minusie, powstały gigantyczne sople! Część z nich już przez nas strącona :)


A tu tym razem glutek numer 2, czyli idziemy na spacer :)
Oraz towarzyszący nam piękny zachód słońca:


W dowód wdzięczności za opiekę nad brzdącami zostałam obdarowana winem, a właściwie to 3 butelkami wina!
Na pierwszy ogień poszło wczoraj rzecz jasna białe :)


Tak, to ja mogę się dziećmi zajmować regularnie!

czwartek, 6 grudnia 2012

Były sobie świnki trzy, świnki trzy, świnki trzy...


Właściwie to dwie, bo trzecia to całkiem niezły okaz!

A o co właściwie chodzi? A o 3 produkty firmy l'Occitane:
- migdałowy krem do rąk,
- silnie odżywczy balsam do ust Masło Shea,
- perfumy w kremie Delice des Fleurs.

 

Zacznę od migdałowego kremu do rąk.

"Bogate w delikatne mleczko migdałowe i wygładzające migdałowe proteiny, ten krem o delikatnej, żelowej formule nawilża i upiększa Twoje dłonie. Krem pozostawia na skórze delikatny zapach kwiatów migdałowca.
Produkt z linii limitowanej."

Fajnie, delikatnie dłonie wygładza oraz nawilża i ma bardzo przyjemną, faktycznie lekko żelową konsystencję. Dobrze się rozprowadza, szybko wchłania i jest wydajny.
Opakowanie też zdaje egzamin.
Najmniej odpowiada mi zapach, za bardzo nawet nie wiem jak go określić - może ziołowy, może lekko duszący, jak dla mnie średnio przyjemny.
Mógłby być dobrym kremem, jednak cena 29,99 zł za maleńką tubkę o pojemności 30 ml sprawia, że nigdy do tego kremu (ani żadnego innego tej marki) nie wrócę.
Dodam, że miałam również wersję z masłem shea, nad którą sporo osób się zachwyca - mnie nie zachwycił, a jego bardzo dziwny zapach wręcz mnie odrzucał i przekazałam go dalej - niech ktoś inny się męczy :D


Produkt następny:
silnie odżywczy balsam do ust Masło Shea.

Obiecanki, cacanki, czyli wyczerpujący opis ze strony producenta:

"Odbudowujący i regenerujący balsam do ust z masłem shea nawilża suchą skórę."


W zasadzie jest to pomadka przeciętna, która moim wiecznie suchym ustom niespecjalnie pomaga, a jeśli już, to na chwile po nałożeniu, o długofalowym działaniu nie ma mowy.
Robi się bardzo miękka w cieplejszych temperaturach i twarda w chłodniejszych - mówiłam, przeciętniak :) Ma delikatny zapach i lekko żółtawy kolor.
Na pewno cena nie jest przeciętna: 32 zł za 5 ml to istne szaleństwo.
A, zapomniałam jeszcze wspomnieć o grudkach, które niestety towarzyszą mi od początku korzystania z tego sztyftu - dobrze widoczne poniżej, a feeee!


No i produkt ostatni, który sprawił, że moje serce bije szybciej:
perfumy w kremie Rose & Violette.
Niestety na stronie producenta (więc zapewne i w sklepach) już ich nie ma, więc będzie to bardziej wzmianka i zachwyt nad ideą produktu, niż polecenie tego konkretnego zapachu.
No właśnie, może od zapachu zacznę. Róża i fiołek (? - wybaczcie, francuskiego nie znam) to zapach nie do końca dla mnie. Jestem fanką lekkich, orzeźwiających, bardziej cytrusowych niż kwiatowych zapachów. Ten jest jak dla mnie po prostu kwiatowy i trochę duszący.
Ale ale, im dłużej go używam (a mam go już od paru dobrych miesięcy), tym bardziej zapach mi się podoba! Szok! Oczywiście nie potrafię opisywać zapachów, więc musicie mi tą powściągliwość wybaczyć.
Za to idea produktu - perfumy w kremie, tak proste, oczywiste i wspaniałe! oczarowała mnie całkowicie!
Poręczne, zgrabne, metalowe pudełko zmieści się nawet w najmniejszej kieszeni!
Świetna alternatywa dla osób, które podobnie jak ja, nie lubią taszczyć ze sobą całych flakonów perfum, ba, nawet ciągle wylewające się próbki już dawno znikły z moje torebki.

Konsystencja tzw wazelinowa, w cieplejszych temperaturach robi się trochę miękka. Dla mnie ok.
Duży plus za wydajność.
Niestety nie jestem w stanie określić ile czasu woń utrzymuje się na skórze, gdyż sama bardzo szybko się przyzwyczajam do wszelakiego rodzaju zapachów, ale myślę, że ok 2-3 godzin.

Jednak taka forma perfum nie jest dla osób, które lubią, gdy zapach ciągnie się za nimi jak długi ogon. Ta forma lewituje delikatnie w okolicach miejsca aplikacji (w moim przypadku pod uszami)
co mnie bardzo odpowiada.


Obecnie w ofercie dominują zapachy słodkawe, takie jak róża czy wiśnia, ale jest też pomarańcza (och jaka szkoda, że nie mogę cię powąchać!) i swego czasu pamiętam, że była również bodajże zielona herbata - coś idealnego dla mnie i na pewno będąc w Polsce nie omieszkam się zorientować w aktualnej - wówczas świątecznej ofercie!


Ceny nie pamiętam, ale z tego co widzę na stronie to ok. 38 zł za 8 ml.
Jestem w stanie tyle wydać i na pewno to zrobię! 


Swoją drogą jestem zażenowana jakością strony internetowej tej marki, gdzie opisy produktów są delikatnie mówiąc minimalistyczne... No ale na szczęście nie robię zakupów przez internet
(oprócz dnia darmowej dostawy, rzecz jasna ;).

I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami i życzę miłej reszty dzionka!

niedziela, 25 listopada 2012

So lazy, so good!



 Zgadnijcie co dziś robię?
Tak, odmóżdżam się totalnie! :)
Chociaż wolałabym w parze (wszak zwierze ze mnie stadne), zostałam sama jak palec
(i to przez całe długie 3 dni, albo jeszcze dłuższe - noce!).

A na dodatek kolorowy Marrakesz:

Zdjęcie: Design Interiør

Czyżby pora na planowanie kolejnych wojaży? Taaaa, palcem po mapie... :)

Miłego popołudnia!

piątek, 23 listopada 2012

Hello my pretty boy!


I bynajmniej nie o Chłopcu dziś będzie, ale o kremie, którego darzę równie namiętną miłością! (wybacz Chłopcze!)

Neutrogena (bo o niej dziś będzie mowa) jest firmą, która wzbudza we mnie raczej pozytywne emocje, dlatego regularnie ochoczo po nią sięgam. Oczywiście, zdarzają się buble, dzięki którym mam chwile zwątpienia, ale cały czas dziwię się, dlaczego w polskich drogeriach (bo w norweskich Neutrogena nie funkcjonuje) jest naprawdę niewielki wybór produktów tej firmy.
Z chęcią wypróbowałabym niemalże wszystko z naprawdę bogatego asortymentu, z rynku chociażby amerykańskiego (patrzcie i płaczcie! strona producenta)

Jakieś 3 lata temu sięgnęłam po krem Ultimate Moisture z linii Norwegian Formula i przepadłam!


Według producenta krem jest przeznaczony na okres zimowy, z czym nie do końca się zgadzam, ale o tym za chwilę.
Dla lepszego zobrazowania zamieszczam zdjęcie opakowania.
Od razu widać napis "Krem na zimę", "Pielęgnacja i ochrona", a dodatkowe śnieżynki w tle nie pozostawiają złudzeń, o jakiej porze roku powinniśmy używać kremu :)


Źródło.

Opis działania (źródło):
Zapewnia ochronę, nawilżenie i pielęgnację skóry narażonej na niekorzystne działanie zimowych warunków klimatycznych (suche powietrze, mróz, wiatr, słońce). Zapobiega skutkom "zimowej cery" (przesuszona, zaczerwieniona, podrażniona, łuszcząca się). Krem zapewnia natychmiastowe i długotrwałe uczucie komfortu oraz ochronę przeciwsłoneczną (SPF 15) i co ważne, nie pozostawia tłustego filmu. Doskonale chroni podczas uprawiania sportów zimowych. Stworzona we współpracy z dermatologami formuła stopniowo uwalnia Aktywną Soję. Opatentowana technologia jest oparta na bazie soi, naturalnym składniku doskonale znanym z właściwości odżywczych. Dzięki zawartości gliceryny skóra jest odpowiednio nawilżona i zabezpieczona. Niekomedogenny - nie powoduje zatykania porów.


I skład (źródło):
Aqua, ethylhexyl Methoxycinnamate, Glycerin, C12-15 Alkyl Benzoate, Cetearyl Alcohol, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Mica, Diemthicone, Ethylhexyl Salicylate, Arachidyl Alcohol, Glycine Soja Extract, Phenyl Trimethicone, Copper Gluconate, Lactoferrin, Magnesium Aspartate, Panthenol, Zinc Gluconate, Silica, Behenyl Alcohol, Arachidyl Glucoside, C13-14 Isoparaffin, Cetearyl Glucoside, p-Anisic Acid, Laureth-7, Polyacrylamide, Steareth-2, Steareth-21, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, BHT, Chlorhexidine, Digluconate, Chlorphenesin, Phenoxyethanol, Sodium Benzoate, Etylparaben, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, CI 77891.


Opakowanie jest znośne. Prosta plastikowa tubka (którą łatwo można przekroić na potrzeby wydostania resztek kremu metodą "na paluchowego grzebacza") stoi na "głowie" więc krem zawsze jest u wyjścia. Mała dziurka wypluwa odpowiednia ilość kosmetyku. Szata graficzna specjalnie nie powala, ale za to opakowanie jest bardzo lekkie i zajmuje niewiele miejsca (co, w momencie wprowadzenia przez Wizzair dodatkowych opłat za bagaż podręczny, stało się dla mnie priorytetem podczas wyboru podróżnych kosmetyków!). Chociaż przyznać muszę, że mała "powierzchnia stojąca" nakrętki, oraz jej zaokrąglone brzegi powodują, że tubka stoi bardzo niestabilnie i byle kichnięcie powoduje jej przewrócenie ;)
Wspomnę też, że rodzaj wykorzystanego plastiku pozwala na orientacyjne podejrzenie pod światło ile produkty zostało w tubce.

 Na moją mieszaną i zwariowaną skórę (tłusta strefa T, lekko przesuszone policzki, regularny wysyp krostek niewiadomego pochodzenia) działa idealnie (producent zaleca stosować na skórę suchą).
Konsystencja jest lekka, kremowa, nie tłusta - czego można by się spodziewać po kremie "na zimę", ale nie ultralekka, tak zwana idealna. Rozsmarowuje się na cerze bardzo przyjemnie, nie pozostawia żadnej wyczuwalnej warstwy, wchłania się szybko. Otrzymuję skórę nawilżoną, przyjemną w dotyku, lekko zmatowioną, a właściwie określiłabym efekt końcowy jako "zdrowy" :)
do tego delikatnie łagodzi zaczerwienienia i ma (nie za duży, ale zawsze to coś) SPF 10. 
Plus baaaardzo delikatny zapach.

A co ciekawsze, stosuję go rano przez cały rok!
Nie, nie jest za tłusty na lato, ani za mało treściwy na co dzień porą zimową. Może nie być wystarczający na długie zimowe, wietrzne spacery, ale ja wybieram wówczas coś dodatkowego, bardziej treściwego i ochronnego, np Emolium (genialny w swej prostocie), czy zwykłe maści ochronne na miejsca szczególnie przesuszone.

Ale wracając do Neutrogeny, jest to ten krem, który ZAWSZE mam w łazience, nie ważne jaką obecnie "nowość" testuję. Jak do tej pory nie znalazłam lepszego kremu i jest to zdecydowanie nr 1!


Ważny dodatkowy efekt, który uwielbiam, inni mogą nienawidzić, a producent niestety nawet o nim nie wspomina, to rozświetlenie.
 Krem posiada delikatne, migoczące drobinki, które w bardzo subtelny sposób rozświetlają naszą cerę. Ja dostrzegłam je ze zupełnie przypadkiem po wielu miesiącach, na palcach którymi rozprowadzałam krem :) Na twarzy, w lusterku, znaleźć je jest o wiele trudniej :)


Swoją drogą, pod polską wersją opakowania-kartonika kryje się oryginalna (angielska?), i z tego co pamiętam, nie ma tam słowa o przeznaczeniu kremu na okres zimowy (ale mogę się mylić).
Czyżby chwyt marketingowy dla polskiej publiczności?

Cena ok. 27 zł za 50 ml
(dostępny np. w Naturze; ja przez cały rok, nie tylko zimą - ale wtedy często jest w promocji,
kupuję go w Leclercu).

środa, 21 listopada 2012

Bez tytułu..


..bo słowa są zbędne.


Coraz bardziej kocham miejsce mego zamieszkania.

wtorek, 20 listopada 2012

Clinique, Deep comfort body lotion


Tak, tak, wciąż uważam, że życie bez cielesnych smarowideł byłoby prostsze i przyjemniejsze, ale wciąż dzielnie (no, mniej lub bardziej dzielnie..) staram się używać owych balsamów/mleczek (bo masła wciąż mnie przerastają...) i wciąż szukam idealnego.
Ostatnio przyczepiłam się do lotionu Deep comfort firmy Clinique i tak sobie trwamy w tym nieudolnym związku od dobrych kilku tygodni...

"This lightweight, silky lotion relieves dry, flaky skin. Perfect for everyday use.
All Skin Types."


Zacznę optymistycznie :)
Opakowanie to największy plus produktu.
Może nie do końca jestem fanką pojemności 400 ml, ale szata graficzna - bardzo prosta, kształt - minimalistyczny, a wręcz cudnie oczywisty, materiał - przezroczysty! solidny plastik oraz pompka, sprawiają, że produkt na pewno przyciąga wzrok i przyjemnie (teoretycznie) się użytkuje.
(Notabene ciekawa jestem jak pompka sprawdzi się, gdy na dnie pozostanie niewiele produktu, bo często tego typu bajery sobie z resztkami nie radzą.)


 Teoretycznie, bo praktycznie najbardziej liczy się to co z owej cudownej pompki wypływa.
No właśnie, wypływa! Bo balsam ma bardzo rzadką konsystencję. Czasami jest to plus, bo szybko i łatwo rozprowadza się po ciele, ale zazwyczaj mam wrażenie, że jest go za mało - za cienka warstwa i odczuwam potrzebę nałożenia więcej. Dlatego z wydajnością nienajlepiej.
Wchłania się dosyć szybko, na dłuższą metę (bo na początku owszem) nie pozostawia na ciele żadnej "wyczuwalnej" warstwy. Jednak największym dla mnie minusem jest "niecałkowite" wchłonięcie - ok 24 h po aplikacji, pod prysznicem, czuję, że zmywam resztkę tego produktu z ciała, a bardzo tego osobiście nie lubię.
Po za tym zapach. Ponoć produkt jest bezzapachowy, ale ja czuję tam coś dziwnego, niby alkohol, niby jakiś smród.. Nie wiem. Dla mnie wszystkie kosmetyki Clinigue (wszystkie, które używałam) mają specyficzną, niestety nieprzyjemną woń.

Jednak spokojnie, jest powód, dla którego wciąż trwam przy tym mleczku - zmiękczenie skóry jakie mi funduje. Oczywiście nie jest to ŁAŁ w stylu bezgranicznej miłości, czy chociażby niesamowitych efektów jak przy LANCOME Nutrix Royal Body, ale jest to łał, dla którego uważam (mimo wielu minusów, które przy efekcie końcowym trochę maleją), że warto ten kosmetyk wypróbować.
Oczywiście barierą, i to sporą, a właściwie to olbrzymią, jest cena produktu (ok £28) oraz dostępność na polskim rynku...


Powyżej obietnice producenta, poniżej (całkiem niezły) skład.


poniedziałek, 12 listopada 2012

Nie przegapcie tego!


Dokładnie za 3 tygodnie, czyli 3 grudnia, kolejna edycja Dnia Darmowej Dostawy!
I tak jak co roku przypominam sobie o nim zazwyczaj po południu danego dnia, tak tym razem myślałam o nim już pod koniec października :)

Tu link do strony, gdzie możecie sobie sprawdzić wszystkie sklepy bioręce udział w akcji, ale ja chciałabym wam przedstawić jeden, który szczególnie mnie zainteresował:

Sklepkratka.pl oferuje produkty niemiecki, a co najważniejsze, kosmetyki niemieckie! Niestety firmy Alverde w swoim asortymencie nie ma, ale za to całkiem spory wybór produktów Balea, zwłaszcza żeli pod prysznic. Są one już tak rozsławione, że na samą myśl cieknie mi ślinka! Ja naliczyłam 22 (!) rodzaje (ale nie sprawdzałam każdorazowo dostępności), a ich ceny wahają się od 4,20 zł (ten akurat to żel dla mężczyzn ;) do 7,20 zł.

Prt sc ze strony sklepu.

Sprawdziłam na Allegro i ceny są tam (wraz z dostawą) wyższe. Np.Grapefruit (300 ml) 4,90 zł, gdzie na Allegro 9,40 zł (z dostawą oczywiście):


Huttenzauber (250 ml) 6,90 zł, na Allegro 13,15 zł (z dostawą):

Jeśli chodzi o Balea znaleźć można też m.in. kremy, balsamy do ciała (uwaga! niektóre są w dziale z żelami pod prysznic!) czy kosmetyki dla dzieci.

W związku z ideą Dnia Darmowej Dostawy płacimy tylko za produkt, bez dodatkowych kosztów!
Coś czuję, że będę miała ogromny dylemat na jakie żele się zdecydować i pewnie zrobię zapas na cały rok :) Wybrałam też kilka innych rzeczy, jednak są to firmy o których nawet nie słyszałam, więc ich będę tak naprawdę najbardziej ciekawa :) Mam nadzieje, że też znajdziecie coś dla siebie!

czwartek, 8 listopada 2012

Żyć, nie umierać!


Zachody słońca to moja prawdziwa obsesja.
I nie mówię o fotografowaniu, bo efekt na zdjęciach (przynajmniej zrobionych moim aparatem) zazwyczaj odbiega od tego co widzę "na żywo", ale po prostu o wpatrywanie się w kolory nieba. Kolory, które każdego dnia są inne, niepowtarzalne i zaskakujące.
Ba! kolory, które potrafią się zmieniać w każdej minucie, tfu! w każdej sekundzie, którym po prostu nie mogę się nadziwić!
Przez najbliższe miesiące moje miejsca zamieszkania ewidentnie będzie mnie pod tym względem rozpieszczać!


Strasznie kusiło mnie, aby rzucić na zdjęcie jakieś kontrasty i tak dalej, ale się powstrzymałam i stwierdziłam, że wrzucę to takim jakie jest, a właściwie jakim widzi mój aparat (bo na żywo jest jeszcze piękniej, rzecz jasna!)..

Miłego wieczoru życzę!

sobota, 3 listopada 2012

Cichutko, powolutku, jak gdyby nigdy nic...



"Niechętnie otwieram oczy, wystawiam nogę spod ciepłej kołdry..."



Witajcie kochani w ten piękny sobotni poranek!
 Czy u Was też świeci (o tej porze to jeszcze trochę nieśmiało) słonko?
U mnie w ostatnich dniach pogoda to prawdziwy koszmar, więc taki widok za oknem
(a jest doprawdy przepiękny, ale o tym poniżej) to prawdziwe zbawienie!

Dziś będzie kilka "suchych faktów" ;)
Ostatnie tygodnie to prawdziwe szaleństwo. Nie będę sapać, marudzić i narzekać, skupię się na 2 największych plusach :) No, może z małym wyjątkiem, bo wspomne tylko, że mój główny "antyblogowy" powód: internet szaleje (a może właśnie wręcz przeciwnie?) i kompletnie nie chce ze mną współpracować (modlę się, że to ON, a nie mój laptop, bo i tak może być :/) Ale postanowiłam stawić mu czoła i go tryumfalnie pokonać!

A teraz o nowej miłości mojego życia!
Nowe mieszkanko! Tak, kilka dni temu się przeprowadziłam i jestem zachwycona!
W pewnym sensie była to dla mnie niespodzianka i po ostatnich ciężkich tygodniach z prawdziwą przyjemnością (i ledwo dysząc) wnosiłam swoje wszystkie graty na niemałą górkę. Ducha niemal wyzionęłam, ale warto było bo WIDOK Z OKIEN NA MORZE I GÓRY jest zabójczy!
(Zdjęcia tego co mam za oknem pewnie będą się regularnie pojawiać, bo jest to obecnie mój ulubiony temat do fotografowania.)

Drugi plus ostatnich tygodni: wakacje w Polsce!
Niestety 2,5 tygodnia zleciało niemal jak 3 dni, ale bardzo tej podróży potrzebowałam
(już odliczam dni do kolejnej wizyty, dopiero na Święta :/).
Myślę, że tym wakacjom poświęcę oddzielny wpis (może nawet kilka) więc jeszcze o nich przeczytacie.

Po za tym mam kilka zaległych postów (przede wszystkim z Oslo i Trondheim i oczywiście kosmetyki!) więc przy najbliższej okazji pomódlcie się o mój internet :D i wyczekujcie kolejnych wypocin! (ps. tego posta piszę od godz. ok. 8:40, więc ponad 2 godz! bo tak mi się internet wiesza ;(

Życzę miłej i przyjemnej soboty!
Cmok, cmok!

Ps. Twitter.

niedziela, 7 października 2012

Drwal


Nie często zdarza mi się czytać książkę, od której nie mogę się oderwać.
Przyczyną tego jest fakt, że bardzo szybko się nudzę czytając i fakt, że bardzo szybko zasypiam czytając :)
Na mych półkach zalegają napoczęte książki, które mnie szybko znudziły i nie mam ochoty ich kończyć.

Na szczęście, tym razem było inaczej!
Twórczość Michała Witkowskiego, bo o jego książce będzie dziś mowa, nie jest mi obca, ba!
bardzo ją lubię.
Do dziś pamiętam jak kilka lat temu czytałam "Lubiewo" - jedną z moich ulubionych książek, a później bałam się chodzić po wrocławskich parkach ;) - ironiczna i prześmieszna książka, "powieść przygodowa-obyczajowo z życia ciot" :)
(swoją drogą wyszła "rozbudowana" wersja Lubiewa, "Lubiewo bez cenzury" którą już zakupiłam i która czeka cierpliwie na swoją kolej :)


Ale o "Drwalu" miało być!
Nie jestem dobra w krótkim, zwięzłym i ciekawym pisaniu o książkach.
Mogłabym Wam ją opowiedzieć, ale nie o to chodzi :) Dlatego zacytuję fragment z trafnego opisu z serwisu polityka.pl:

Lekko poprowadzoną, z dopracowaną (choć zawikłaną) intrygą kryminalną, rozmaitymi literackimi odniesieniami, pełną humoru i – co najważniejsze – autoironiczną. Bohaterem jest bowiem Michał Witkowski, pisarz prawie celebryta, tyjący pedzio na diecie, zafascynowany lujami, czyli dresiarzami. Z dużą frajdą obserwujemy jego uzależnienie od antydepresantów, słabostki, neurozę, snobizmy i zwyczaje: pakuje się w rozmaite tarapaty, bo może się to „nada do prozy”. Z drugiej strony ma wyczulone ucho na rozmaite języki, szuka natchnienia w XIX-wiecznych kronikach kryminalnych; słychać tu Gombrowicza, czasem Białoszewskiego i nawet powieści przygodowe w typie Pana Samochodzika (bohater marzy, żeby pisać dla młodzieży, która by licznie przychodziła na jego spotkania autorskie).
Poza tym dowiadujemy się nie tylko, jak wygląda kurort po sezonie, ale jak pachnie, bo bohater rejestruje wszystkie tony zapachów: od portfela z pieniędzmi, po talie kart czy „zapach wody niezdatnej do picia”. Pisarz przyjeżdża do leśniczówki drwala tworzyć kryminał. Tam trafia na ślad intrygi. (...)
To nie jest jasny świat, wszystkie postaci okazują się jednakowo paskudne: od mafiosów, przez taksiarzy, miejscowe dziwki, aż po samego bohatera. Jednocześnie Witkowski kapitalnie opisuje gry międzyludzkie: rywalizację i pojedynki na miny. Kiedy pisarz zanadto miesza się w nieswoje sprawy, mafiosi z Międzyzdrojów ostrzegają go, żeby nie pisał kryminału, bo to się z pewnością krytykom nie spodoba. Witkowski mafiosów nie posłuchał i dobrze się stało.


W ciągu 4 dni przeczytałam ponad 400 stron i czuję niedosyt!
Jest to książka rewelacyjna! Czasami dosyć mocna i wulgarna, co może nie wszystkim się spodobać.. Oczywiście rozwiązanie kryminalnej zagadki podobało mi się najmniej w całej książce, ale na szczęście zajmuje niewielki rozdział z całej powieści ;)
Ale jeśli lubicie m.in. mega autoironię i cyniczne podejście do życia (plus chcecie zobaczyć jak wyglądają Międzyzdroje po za sezonem) przeczytajcie koniecznie bo warto!

Dawno nie czytałam tak fajnej książki! na pewno jeszcze nie raz po nią sięgnę!

Cena: 39,90 zł, w ulubionej księgarni Szczytnickiej ok 30 zł.

środa, 19 września 2012

Jeleniem być!

 
Wiem, może to zabrzmieć dziwnie, ale są powody dla których jeleniem chętnie bym została...
Dziś będzie o jednym z nich, ale o tym w dalszej części tekstu.
 
A teraz do rzeczy!
Mam wrażenie, że wszyscy ten krem znają, z własnej skóry, z blogów/filmików lub chociaż ze sklepowej półki. Jeśli nie - będzie mi niezmiernie miło przedstawić Wam powód obowiązkowej wizyty w Rossmannie!
 
 
Mowa o FussWohl, Hirschtalg Creme für besonders trockene und spröde Haut, mit Mandelöl,
co według wujka G znaczy: Krem Jeleń dla bardzo suchej i szorstkiej skóry, z olejem migdałowym
(dziękuję Ci szkoło podstawowo za nauczenie języka niemieckiego! :/)

 
Zapewnienia producenta:
Krem do stóp z łoju jelenia, do szczególnie suchej i pękającej skóry, z olejkiem migdałowym.
Skuteczność i pielęgnacja: łój jelenia to znany od pokoleń skuteczny środek pielęgnacyjny. FUSSWOHL Z ŁOJU JELENIA dzięki olejkowi migdałowemu i alantoinie intensywnie pielęgnuje i nawilża skórę. Na skutek szkodliwego wpływu środowiska jak np. promieniowanie UV powstają wolne rodniki. Wartościowy wyciąg z białej herbaty pomaga w ich zwalczaniu. Skóra staje się wyjątkowo delikatna i jedwabiście gładka. Krem może być stosowany także na dłonie.
 
 
Ja stosuję krem właśnie na stopy oraz dłonie.
Krem fajnie nawilża i nieźle się wchłania. Minusem jest "niecałkowite" wchłonięcie - czyli jak po 30 - 60 minutach myję dłonie, czuję że zmywam również krem (nie znam kremu, który by tak nie miał, a Wy?).
Konsystencja idealna, dobrze się rozprowadza. Opakowania też na plus - "miękkie" i łatwo się je "dusi" i przecina aby wydobyć resztki :)
Dłonie oraz stopy (mimo że ani jednych ani drugich nie mam dramatycznie wysuszonych) są od razu wygładzone i przyjemne w dotyku.
Małym minusem może być zapach, na pewno nie fiołkowy, ale też nie kupowy :D więc spokojnie można dać z nim radę, zwłaszcza że się utrzymuje krótko (osobiście nie przepadam za mocno perfumowanymi kremami).
Nie wiem co jeszcze oddać..
Jest to mój ulubiony krem do dłoni i stóp! Nie mam pojęcia, czy łój jelenia jest ekstra magiczny, czy olejek migdałowy super działa, czy może alantoina (według Wikiwikiwiki-pedi pochodna kwasu moczowego) jest mojej skórze niezbędna - najważniejsze, że krem działa!
 
 
I na koniec mała ciekawostkoprzestroga: jeśli sięgniecie po ten krem koniecznie zwróćcie uwagę na główkę jelenia! Krem bez niej (drugie zdjęcie poniżej) jest znacznie gorszy. Tak, wiem że ma zupełnie inne napisy, ale na "pierwszy rzut oka" szata graficzna jest identyczna i w ferworze szybkich zakupów łatwo się pomylić - jak to uczyniłam :( Po za tym, zdarza się firmie Rossmann zmieniać opakowanie tego kremu, co też było dla mnie nie lada zmartwieniem ("o fak, wycofali mi ulubiony krem! a, nie, to tylko opakowanie się zmieniło, uf!").
 
 
Ps. rzuciłam okiem na Google i widzę, że również popularna marka Scholl (a fe, a fe, nie lubię cię!)
ma w swej ofercie krem z owym łojem.
Dla takiego łoju chyba wart być jeleniem :D
 
Ceny w tym momencie nie pamiętam, ale na pewno jest to kilka zł, czyli jakieś 5 (?) za 75 ml, dostępność - każdy wszędobylski Rossmann.
Baaardzooo polecam!
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...