czwartek, 12 kwietnia 2012

Ręcę i inne części ciała opadają... Czyli reklamacja butów w ALDO


W końcu się zebrałam aby opisać Wam dłuuugą historią jeszcze dłuuuzszej reklamacji butów w ALDO plus pseudo prawa konsumenckie.

Czyli post z cyklu "z życia wzięte".

Buty (oficerki) zakupiłam w styczniu 2011 roku.
Po zimowych wyprzedażach, dodatkowym "sms-owym" rabacie kosztowały jakieś 315 zł - dużo (niestety nie wiem ile kosztowały normalnie).

Były to buty, których dłuuugo szukałam, więc byłam nimi zafascynowana i w nich zakochana :)

W przeciągu kilku miesięcy użytkowania buty były 4, właściwie można powiedzieć że 5 razy w reklamacji..


Pierwszy raz buty były reklamowane jakieś 3 tygodnie od zakupy. Powodem tej reklamacji (jak i każdej następnej) było "rozwarstwianie się" obcasów (za pierwszym razem jednego obcasa).

Zaniosłam buty, pani pyta jakie są moje oczekiwania, ja mówię, że wymiana na nowe.
Ona mi mówi, że to buty ze starej kolekcji i na pewno już ich nie ma, więc zaznaczy mi w protokole opcję naprawa. A ja na to: skoro tak to ok.
I to był pierwszy mój błąd!
Jak się później dowiedziałam w biurze Rzecznika Konsumentów, skoro moim żądaniem jest wymiana na nowe pani musi to wpisać i koniec dyskusji!
Nie ma żadnej gatki szmatki, że tych butów już nie ma, bo po pierwsze: skąd ona ma wiedzieć czy są jeszcze takie buty, wróżką raczej nie jest i nie wie co jest w magazynach Aldo w całej Polsce, po drugi: mnie to nie obchodzi! Pytanie brzmi: MOJE OCZEKIWANIA, a nie sugestie i wiedza pań sklepowych.
"Wybór żądanie należy do reklamującego"!
Jednak jak się później okazało, sprzedawca ma prawo wybrać najtańszy dla siebie sposób rozstrzygnięcia reklamacji, czyli jak zaznaczycie wymiana na nowe, to i tak wam naprawią bo to dla nich jest tańsze (wspomnę jeszcze o tym niżej).

Czekałam 2 tyg. na wieści co i jak. I bym sobie tak czekała licho wie ile (bo nikt nie kwapił się by mnie poinformować o decyzji), gdybym sama do sklepu nie poszła.

But oczywiście mi naprawiono.

Jakieś 2-3 tyg. później, naprawiony obcas po raz drugi się rozwarstwił, to samo stało się z drugim, do tej pory całym.

W tym momencie chciałabym nadmienić, że jeśli chodzi o buty to mam prawdziwego pecha!
Całe życie zmagam się z rozwalającymi się bytami (pewnie mam dziwne stopy, krzywo chodzę lub coś jeszcze innego! :)
Jeśli jakiś but przetrwa u mnie jeden sezon - wiem że będzie mi towarzyszył na prawdę długo!
Jeśli but zepsuje się w przeciągu kilku tygodni (lub dni bo i tak się zdarzało!) wiem że nasza znajomość skończy się na dobre lada chwila...

Ale wracając do tematu:
Była to druga "awaria" butów i już wiedziałam, że moja miłość do tych butów powoli wygasa...
W tym momencie miałam ochotę oddać buty, domagać się zwrotu gotówki i już nigdy na nie nie patrzeć! Wiedziałam, że nie będzie to takie łatwe, więc udałam się po poradę do biura Miejskiego Rzecznika Konsumentów (a co! jak walczyć o swoje to walczyć :)

Tam dowiedziałam się, że niestety nie mogę od razu żądać zwrotu pieniędzy
(swoją drogą moja wiedza na temat praw konsumenckich okazała się na prawdę żenująca :).
Opcja ta jest możliwa tylko w przypadku, gdy trzy inne - "wcześniejsze" nie mogą być zrealizowane:
 - naprawa lub wymiana są niemożliwe lub wymagają nadmiernych kosztów;
- sprzedawca nie wymienił rzeczy na nową lub nie naprawił w odpowiednim czasie;
- wymiana lub naprawa narażałyby reklamującego na znaczne niedogodności.

Więc znów buty zaniosłam. W protokole reklamacyjnym, gdy pani zapytała mnie jakie są moje żądania, powiedziałam że wymiana - tylko wymiana na nowe, że nie kolejna naprawa.

I znów czekałam, znów nikt nie dał mi znać co i jak, znów sama poszłam po ponad 2 tyg. buty odebrać.
Oczywiście nie były wymienione na nowe, jak tego żądałam, a naprawione. Byłam zdziwiona, że mogą zrobić z moimi butami coś wbrew moim żądaniom i bez mej wiedzy - jak się okazało przy kolejnej wizycie w biurze Rzecznika Konsumentów, mogą (mogą wybrać najmniej kosztowną dla siebie opcję realizacji reklamacji).
 
Nie wiem czy zwracacie na to uwagę reklamując jakiś przedmiot, ale gdy coś odbieracie z reklamacji, nie dostajecie żadnego pokwitowania. Oddając owszem, ale gdy odbieracie nigdy, co jak się okazuje nie jest w porządku. Ja za pierwszym razem odbierając naprawione buty z reklamacji nie pomyślałam o tym, ale za drugim razem (olśniło mnie gdy pani u biurze Rzecznika zapytała mnie czy mam jakieś pokwitowanie) poprosiłam, aby pani sprzedawczyni skserowała mi ten kwitek - zgłoszenie reklamacyjne. Dzięki temu dokładnie wiedziałam kiedy buty były w naprawie.

Nie ponosiłam ich za długo, ponieważ przyszło lato i buty poszły w odstawkę aż do jesieni.
No i przyszła jesień, wyciągnęłam buty z szafy i pomyślałam sobie
"No, ciekawe kiedy teraz się zepsujecie.."

Odpowiedź prosta: po jakiś 3-4 tygodniach buty zepsuły się po raz trzeci
(nie nosiłam ich codziennie!).

W grudniu znów, jeszcze bardziej zażenowana jakością butów za ponad 300 zł udałam się do biura Rzecznika Konsumenta.
Mówię, że buty już po raz trzeci! są rozwalone, dokładnie w tym samym miejscu, dokładnie w taki sam sposób i chyba czas zażądać gotówki.
Pan kierownik biura stwierdził, że mam jeszcze ponad rok gwarancji, więc może bym w nich jeszcze trochę pochodziła i jak rozwalą się czwarty raz to wtedy będzie łatwiej domagać się gotówki i jak by coś poszło nie tak, nie będzie problemu żeby oddać sprawę do sądu.
No dobra, "Skoro tak mówisz to tak zrobię", pomyślałam sobie.
I tak też uczyniłam.

Zaniosłam. Mówię pani, że niech zaznaczy, że to już 3 raz, a ona na to wielce zdziwiona:
"Już trzeci, o matko, i wciąż się rozwalają?"
"Nie, specjalnie je nożem rozwalam, bo uwielbiam tu przychodzić".

Minął miesiąc (sklep ma dwa tygodnie w ciągu których powinna być reklamacja rozstrzygnięta), znów! nikt do mnie nie dzwoni ani nic, więc idę do sklepu sama.
I po raz trzeci buty mi naprawiono i znów poprosiłam panią o skserowanie tego papierka - protokołu reklamacyjnego czy jak tam się to nazywa.
I na tym papierku jest jakaś taka rubryka "sposób powiadomienia" czy coś takiego, a tam napisane "sms". Pytam panią czy to znaczy, że wysłali mi smsa z informacją że mogę przyjść po buty? Ona, że tak. Ja na to, że dziwne, ponieważ ani razu nie dostałam od państwa żadnej informacji, że mam się stawić. Sprawdziła czy mój nr tel się zgadza, zgadzał się.
Zapadła cisza, wzięłam buty, powiedziałam "do zobaczenia" i poszłam.

2-3 tygodnie później buty znów się zepsuły, znów "rozwarstwiły" się obcasy - po raz czwarty!
Zaniosłam je do reklamacji, znów mówię, że to kolejny raz, pani znów zdziwiona: "już czwarty?"
Nie wiem czy w trakcie procesu reklamacyjnego ktoś sprawdza wiarygodność informacji dotyczących liczby wcześniejszych reklamacji danej pary, ale aby zaoszczędzić fatygi poprosiłam panią aby załączyła ksero mojego ksera z poprzedniej reklamacji, tego protokołu, na którym jest napisane że tamta reklamacja była trzecia i żeby od razu było widać, że nosiłam buty caaaałe dwa tygodnie...

Po dwóch tygodniach zjawiłam się po buty (zaoszczędzę Wam szczegółów na temat sposobu poinformowania mnie o fakcie zakończenia reklamacji bo było jeszcze gorzej niż poprzednimi razami).

Pani mówi mi, że ma reklamacja została uwzględniona.
Na mej twarzy pojawił się uśmiech, który jednak nie trwał długo...
Pani powiedziała mi, że za kwotę która wydałam na buty mogę wybrać sobie coś innego
z ich oferty..
Po raz kolejny ręce i cycki mi opadły..
Już wcześniej się dowiedziałam, że wcale nie muszę się na to godzić i mówię pani, że tak nie chcę.
Pani do  mnie, że muszę się w takim razie od tej decyzji odwołać.
Więc ja od razu do biura RK (dobrze że biuro Rzecznika Konsumentów jest niedaleko Renomy- Aldo :) i mówię pani co oni mi proponują, a ona mi jakie pismo mam napisać po którym będą musieli mi
oddać pieniądze.
Z powrotem do Renomy, napisałam pismo, zaniosłam do Aldo.
Pani początkowo nie wiedziała o co mi chodzi, co ja tam napisałam i o jakieś ustawie mówię (no bo po co sprzedawca ma znać ustawę o prawach konsumenckich!).
Przyjęła moje pismo i mówi, że się odezwą za 2 tyg.
 
W tym momencie wspomnę, że czasem sprzedawca widząc pismo od razu oddaje kasę, nie trzeba czekać (tak jak w moim przypadku) kolejnych 2 tygodni.
Tak było w przypadku mojego mężczyzny, któremu w ramach reklamacji butów w sklepie Top Secret, proponowano nowe rzeczy ze sklepu w kwocie za ile kupił buty.
On napisał pismo, zaniósł i pani w kasie od razu mu dała kasę - wiedziała, że w tym momencie rozstrzygnięcie reklamacji będzie tylko i wyłącznie polegało na zwrocie gotówki.


Nie odezwali się znów, więc sama poszłam.

TRIUMF! Oddali mi kasę!

Tylko po ilu reklamacjach, po jakim czasie i dopiero po odwołaniu od decyzji?!

Moje buty były w reklamacji łącznie ok. 10 tygodni, czyli jakieś 70 dni - zdecydowanie więcej niż ja miałam je na nogach!

I od razu dodaję, że historia ta nie ma na celu powiedzenia Wam: NIE CHODŹCIE DO ALDO!
(chodź ja już tam raczej zakupów nie zorbie, tak już mam, jak jakiś sklep mnie do siebie zrazi)

Nie wiem jakiej jakości są buty tej firmy - był to mój pierwszy zakup, nie wiem jaki procent butów ulega zepsuciu, nie wiem ile z nich da się naprawić a ile idzie do kosza tak jak moje.

Zdaję sobie natomiast sprawę, że wszędzie i zawsze może trafić się jakiś felerny egzemplarz, wada produkcyjna (no chyba że istnieją firmy idealne?) i nic nie da się z tym zrobić.

Ale 10 tygodni aby zakończyć sprawę?!
To, delikatnie mówiąc, lekka przesada...

Firma Aldo chyba powinna się zastanowić nad swoim systemem reklamacyjnym i
poszerzyć zakres wiedzy swych sprzedawców o coś więcej niż tylko obsługa kasy fiskalnej..

Pamiętajcie, że sprzedawca zawsze będzie chciał rozwiązać sprawę w najdogodniejszy sposób tylko dla siebie, nawet kosztem zrobienia Was w ch**a!
I pamiętajcie o biurach Rzecznika Konsumentów, które służą pomocą i bezpłatnie udzielają porad, również telefonicznie i żeby zawsze walczyć o swoje!

Mam nadzieje, że opis mojej historii komuś się przyda i pomoże, choć, odpukać, mam nadzieje że nie będziecie mieć takiej potrzeby :)

Jeśli ktoś przebrnął przez cały tekst, gratuluję :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...