niedziela, 25 listopada 2012

So lazy, so good!



 Zgadnijcie co dziś robię?
Tak, odmóżdżam się totalnie! :)
Chociaż wolałabym w parze (wszak zwierze ze mnie stadne), zostałam sama jak palec
(i to przez całe długie 3 dni, albo jeszcze dłuższe - noce!).

A na dodatek kolorowy Marrakesz:

Zdjęcie: Design Interiør

Czyżby pora na planowanie kolejnych wojaży? Taaaa, palcem po mapie... :)

Miłego popołudnia!

piątek, 23 listopada 2012

Hello my pretty boy!


I bynajmniej nie o Chłopcu dziś będzie, ale o kremie, którego darzę równie namiętną miłością! (wybacz Chłopcze!)

Neutrogena (bo o niej dziś będzie mowa) jest firmą, która wzbudza we mnie raczej pozytywne emocje, dlatego regularnie ochoczo po nią sięgam. Oczywiście, zdarzają się buble, dzięki którym mam chwile zwątpienia, ale cały czas dziwię się, dlaczego w polskich drogeriach (bo w norweskich Neutrogena nie funkcjonuje) jest naprawdę niewielki wybór produktów tej firmy.
Z chęcią wypróbowałabym niemalże wszystko z naprawdę bogatego asortymentu, z rynku chociażby amerykańskiego (patrzcie i płaczcie! strona producenta)

Jakieś 3 lata temu sięgnęłam po krem Ultimate Moisture z linii Norwegian Formula i przepadłam!


Według producenta krem jest przeznaczony na okres zimowy, z czym nie do końca się zgadzam, ale o tym za chwilę.
Dla lepszego zobrazowania zamieszczam zdjęcie opakowania.
Od razu widać napis "Krem na zimę", "Pielęgnacja i ochrona", a dodatkowe śnieżynki w tle nie pozostawiają złudzeń, o jakiej porze roku powinniśmy używać kremu :)


Źródło.

Opis działania (źródło):
Zapewnia ochronę, nawilżenie i pielęgnację skóry narażonej na niekorzystne działanie zimowych warunków klimatycznych (suche powietrze, mróz, wiatr, słońce). Zapobiega skutkom "zimowej cery" (przesuszona, zaczerwieniona, podrażniona, łuszcząca się). Krem zapewnia natychmiastowe i długotrwałe uczucie komfortu oraz ochronę przeciwsłoneczną (SPF 15) i co ważne, nie pozostawia tłustego filmu. Doskonale chroni podczas uprawiania sportów zimowych. Stworzona we współpracy z dermatologami formuła stopniowo uwalnia Aktywną Soję. Opatentowana technologia jest oparta na bazie soi, naturalnym składniku doskonale znanym z właściwości odżywczych. Dzięki zawartości gliceryny skóra jest odpowiednio nawilżona i zabezpieczona. Niekomedogenny - nie powoduje zatykania porów.


I skład (źródło):
Aqua, ethylhexyl Methoxycinnamate, Glycerin, C12-15 Alkyl Benzoate, Cetearyl Alcohol, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Mica, Diemthicone, Ethylhexyl Salicylate, Arachidyl Alcohol, Glycine Soja Extract, Phenyl Trimethicone, Copper Gluconate, Lactoferrin, Magnesium Aspartate, Panthenol, Zinc Gluconate, Silica, Behenyl Alcohol, Arachidyl Glucoside, C13-14 Isoparaffin, Cetearyl Glucoside, p-Anisic Acid, Laureth-7, Polyacrylamide, Steareth-2, Steareth-21, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, BHT, Chlorhexidine, Digluconate, Chlorphenesin, Phenoxyethanol, Sodium Benzoate, Etylparaben, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, CI 77891.


Opakowanie jest znośne. Prosta plastikowa tubka (którą łatwo można przekroić na potrzeby wydostania resztek kremu metodą "na paluchowego grzebacza") stoi na "głowie" więc krem zawsze jest u wyjścia. Mała dziurka wypluwa odpowiednia ilość kosmetyku. Szata graficzna specjalnie nie powala, ale za to opakowanie jest bardzo lekkie i zajmuje niewiele miejsca (co, w momencie wprowadzenia przez Wizzair dodatkowych opłat za bagaż podręczny, stało się dla mnie priorytetem podczas wyboru podróżnych kosmetyków!). Chociaż przyznać muszę, że mała "powierzchnia stojąca" nakrętki, oraz jej zaokrąglone brzegi powodują, że tubka stoi bardzo niestabilnie i byle kichnięcie powoduje jej przewrócenie ;)
Wspomnę też, że rodzaj wykorzystanego plastiku pozwala na orientacyjne podejrzenie pod światło ile produkty zostało w tubce.

 Na moją mieszaną i zwariowaną skórę (tłusta strefa T, lekko przesuszone policzki, regularny wysyp krostek niewiadomego pochodzenia) działa idealnie (producent zaleca stosować na skórę suchą).
Konsystencja jest lekka, kremowa, nie tłusta - czego można by się spodziewać po kremie "na zimę", ale nie ultralekka, tak zwana idealna. Rozsmarowuje się na cerze bardzo przyjemnie, nie pozostawia żadnej wyczuwalnej warstwy, wchłania się szybko. Otrzymuję skórę nawilżoną, przyjemną w dotyku, lekko zmatowioną, a właściwie określiłabym efekt końcowy jako "zdrowy" :)
do tego delikatnie łagodzi zaczerwienienia i ma (nie za duży, ale zawsze to coś) SPF 10. 
Plus baaaardzo delikatny zapach.

A co ciekawsze, stosuję go rano przez cały rok!
Nie, nie jest za tłusty na lato, ani za mało treściwy na co dzień porą zimową. Może nie być wystarczający na długie zimowe, wietrzne spacery, ale ja wybieram wówczas coś dodatkowego, bardziej treściwego i ochronnego, np Emolium (genialny w swej prostocie), czy zwykłe maści ochronne na miejsca szczególnie przesuszone.

Ale wracając do Neutrogeny, jest to ten krem, który ZAWSZE mam w łazience, nie ważne jaką obecnie "nowość" testuję. Jak do tej pory nie znalazłam lepszego kremu i jest to zdecydowanie nr 1!


Ważny dodatkowy efekt, który uwielbiam, inni mogą nienawidzić, a producent niestety nawet o nim nie wspomina, to rozświetlenie.
 Krem posiada delikatne, migoczące drobinki, które w bardzo subtelny sposób rozświetlają naszą cerę. Ja dostrzegłam je ze zupełnie przypadkiem po wielu miesiącach, na palcach którymi rozprowadzałam krem :) Na twarzy, w lusterku, znaleźć je jest o wiele trudniej :)


Swoją drogą, pod polską wersją opakowania-kartonika kryje się oryginalna (angielska?), i z tego co pamiętam, nie ma tam słowa o przeznaczeniu kremu na okres zimowy (ale mogę się mylić).
Czyżby chwyt marketingowy dla polskiej publiczności?

Cena ok. 27 zł za 50 ml
(dostępny np. w Naturze; ja przez cały rok, nie tylko zimą - ale wtedy często jest w promocji,
kupuję go w Leclercu).

środa, 21 listopada 2012

Bez tytułu..


..bo słowa są zbędne.


Coraz bardziej kocham miejsce mego zamieszkania.

wtorek, 20 listopada 2012

Clinique, Deep comfort body lotion


Tak, tak, wciąż uważam, że życie bez cielesnych smarowideł byłoby prostsze i przyjemniejsze, ale wciąż dzielnie (no, mniej lub bardziej dzielnie..) staram się używać owych balsamów/mleczek (bo masła wciąż mnie przerastają...) i wciąż szukam idealnego.
Ostatnio przyczepiłam się do lotionu Deep comfort firmy Clinique i tak sobie trwamy w tym nieudolnym związku od dobrych kilku tygodni...

"This lightweight, silky lotion relieves dry, flaky skin. Perfect for everyday use.
All Skin Types."


Zacznę optymistycznie :)
Opakowanie to największy plus produktu.
Może nie do końca jestem fanką pojemności 400 ml, ale szata graficzna - bardzo prosta, kształt - minimalistyczny, a wręcz cudnie oczywisty, materiał - przezroczysty! solidny plastik oraz pompka, sprawiają, że produkt na pewno przyciąga wzrok i przyjemnie (teoretycznie) się użytkuje.
(Notabene ciekawa jestem jak pompka sprawdzi się, gdy na dnie pozostanie niewiele produktu, bo często tego typu bajery sobie z resztkami nie radzą.)


 Teoretycznie, bo praktycznie najbardziej liczy się to co z owej cudownej pompki wypływa.
No właśnie, wypływa! Bo balsam ma bardzo rzadką konsystencję. Czasami jest to plus, bo szybko i łatwo rozprowadza się po ciele, ale zazwyczaj mam wrażenie, że jest go za mało - za cienka warstwa i odczuwam potrzebę nałożenia więcej. Dlatego z wydajnością nienajlepiej.
Wchłania się dosyć szybko, na dłuższą metę (bo na początku owszem) nie pozostawia na ciele żadnej "wyczuwalnej" warstwy. Jednak największym dla mnie minusem jest "niecałkowite" wchłonięcie - ok 24 h po aplikacji, pod prysznicem, czuję, że zmywam resztkę tego produktu z ciała, a bardzo tego osobiście nie lubię.
Po za tym zapach. Ponoć produkt jest bezzapachowy, ale ja czuję tam coś dziwnego, niby alkohol, niby jakiś smród.. Nie wiem. Dla mnie wszystkie kosmetyki Clinigue (wszystkie, które używałam) mają specyficzną, niestety nieprzyjemną woń.

Jednak spokojnie, jest powód, dla którego wciąż trwam przy tym mleczku - zmiękczenie skóry jakie mi funduje. Oczywiście nie jest to ŁAŁ w stylu bezgranicznej miłości, czy chociażby niesamowitych efektów jak przy LANCOME Nutrix Royal Body, ale jest to łał, dla którego uważam (mimo wielu minusów, które przy efekcie końcowym trochę maleją), że warto ten kosmetyk wypróbować.
Oczywiście barierą, i to sporą, a właściwie to olbrzymią, jest cena produktu (ok £28) oraz dostępność na polskim rynku...


Powyżej obietnice producenta, poniżej (całkiem niezły) skład.


poniedziałek, 12 listopada 2012

Nie przegapcie tego!


Dokładnie za 3 tygodnie, czyli 3 grudnia, kolejna edycja Dnia Darmowej Dostawy!
I tak jak co roku przypominam sobie o nim zazwyczaj po południu danego dnia, tak tym razem myślałam o nim już pod koniec października :)

Tu link do strony, gdzie możecie sobie sprawdzić wszystkie sklepy bioręce udział w akcji, ale ja chciałabym wam przedstawić jeden, który szczególnie mnie zainteresował:

Sklepkratka.pl oferuje produkty niemiecki, a co najważniejsze, kosmetyki niemieckie! Niestety firmy Alverde w swoim asortymencie nie ma, ale za to całkiem spory wybór produktów Balea, zwłaszcza żeli pod prysznic. Są one już tak rozsławione, że na samą myśl cieknie mi ślinka! Ja naliczyłam 22 (!) rodzaje (ale nie sprawdzałam każdorazowo dostępności), a ich ceny wahają się od 4,20 zł (ten akurat to żel dla mężczyzn ;) do 7,20 zł.

Prt sc ze strony sklepu.

Sprawdziłam na Allegro i ceny są tam (wraz z dostawą) wyższe. Np.Grapefruit (300 ml) 4,90 zł, gdzie na Allegro 9,40 zł (z dostawą oczywiście):


Huttenzauber (250 ml) 6,90 zł, na Allegro 13,15 zł (z dostawą):

Jeśli chodzi o Balea znaleźć można też m.in. kremy, balsamy do ciała (uwaga! niektóre są w dziale z żelami pod prysznic!) czy kosmetyki dla dzieci.

W związku z ideą Dnia Darmowej Dostawy płacimy tylko za produkt, bez dodatkowych kosztów!
Coś czuję, że będę miała ogromny dylemat na jakie żele się zdecydować i pewnie zrobię zapas na cały rok :) Wybrałam też kilka innych rzeczy, jednak są to firmy o których nawet nie słyszałam, więc ich będę tak naprawdę najbardziej ciekawa :) Mam nadzieje, że też znajdziecie coś dla siebie!

czwartek, 8 listopada 2012

Żyć, nie umierać!


Zachody słońca to moja prawdziwa obsesja.
I nie mówię o fotografowaniu, bo efekt na zdjęciach (przynajmniej zrobionych moim aparatem) zazwyczaj odbiega od tego co widzę "na żywo", ale po prostu o wpatrywanie się w kolory nieba. Kolory, które każdego dnia są inne, niepowtarzalne i zaskakujące.
Ba! kolory, które potrafią się zmieniać w każdej minucie, tfu! w każdej sekundzie, którym po prostu nie mogę się nadziwić!
Przez najbliższe miesiące moje miejsca zamieszkania ewidentnie będzie mnie pod tym względem rozpieszczać!


Strasznie kusiło mnie, aby rzucić na zdjęcie jakieś kontrasty i tak dalej, ale się powstrzymałam i stwierdziłam, że wrzucę to takim jakie jest, a właściwie jakim widzi mój aparat (bo na żywo jest jeszcze piękniej, rzecz jasna!)..

Miłego wieczoru życzę!

sobota, 3 listopada 2012

Cichutko, powolutku, jak gdyby nigdy nic...



"Niechętnie otwieram oczy, wystawiam nogę spod ciepłej kołdry..."



Witajcie kochani w ten piękny sobotni poranek!
 Czy u Was też świeci (o tej porze to jeszcze trochę nieśmiało) słonko?
U mnie w ostatnich dniach pogoda to prawdziwy koszmar, więc taki widok za oknem
(a jest doprawdy przepiękny, ale o tym poniżej) to prawdziwe zbawienie!

Dziś będzie kilka "suchych faktów" ;)
Ostatnie tygodnie to prawdziwe szaleństwo. Nie będę sapać, marudzić i narzekać, skupię się na 2 największych plusach :) No, może z małym wyjątkiem, bo wspomne tylko, że mój główny "antyblogowy" powód: internet szaleje (a może właśnie wręcz przeciwnie?) i kompletnie nie chce ze mną współpracować (modlę się, że to ON, a nie mój laptop, bo i tak może być :/) Ale postanowiłam stawić mu czoła i go tryumfalnie pokonać!

A teraz o nowej miłości mojego życia!
Nowe mieszkanko! Tak, kilka dni temu się przeprowadziłam i jestem zachwycona!
W pewnym sensie była to dla mnie niespodzianka i po ostatnich ciężkich tygodniach z prawdziwą przyjemnością (i ledwo dysząc) wnosiłam swoje wszystkie graty na niemałą górkę. Ducha niemal wyzionęłam, ale warto było bo WIDOK Z OKIEN NA MORZE I GÓRY jest zabójczy!
(Zdjęcia tego co mam za oknem pewnie będą się regularnie pojawiać, bo jest to obecnie mój ulubiony temat do fotografowania.)

Drugi plus ostatnich tygodni: wakacje w Polsce!
Niestety 2,5 tygodnia zleciało niemal jak 3 dni, ale bardzo tej podróży potrzebowałam
(już odliczam dni do kolejnej wizyty, dopiero na Święta :/).
Myślę, że tym wakacjom poświęcę oddzielny wpis (może nawet kilka) więc jeszcze o nich przeczytacie.

Po za tym mam kilka zaległych postów (przede wszystkim z Oslo i Trondheim i oczywiście kosmetyki!) więc przy najbliższej okazji pomódlcie się o mój internet :D i wyczekujcie kolejnych wypocin! (ps. tego posta piszę od godz. ok. 8:40, więc ponad 2 godz! bo tak mi się internet wiesza ;(

Życzę miłej i przyjemnej soboty!
Cmok, cmok!

Ps. Twitter.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...