sobota, 8 grudnia 2012

Dom idealny


Tak, takie domy naprawdę istnieją.


Wczoraj cały dzień opiekowałam się dziećmi znajomych.
Znajomych, którzy mają dom idealny.
Dom, nad którym zachwycałabym się oglądając go w jednym z licznych architektoniczno-wnętrzaskich pism, dom, obok którego nie przeszłabym obojętnie, dom, który budzi we mnie największe marzenie...
W zasadzie prosty (idealnie prostopadłościenny klocek z drewna), salon, 3 malutkie pokoje, nieduża łazienka i ogromna kuchnia - LOVE! plus przeogromne szyby, przez które wlatuje tyle światła!


Coś co zachwyca mnie najbardziej, czyli łazienka o jakiej zawsze marzyłam.
A właściwie to wanna. Jeszcze bardziej właściwie, to jej usytuowanie - przy sporym oknie, z widokiem na morze...
I jak tu nie kochać długich kąpieli!


Plus dbałość o detale:


Dom robi wrażenie, mimo, że nie jest to willa w Kalifornii z 5 łazienkami i 10 sypialniami, to i tak jestem zachwycona. A w taki słoneczny dzień jak był wczoraj, to miejsce wyjęte prosto z bajki!
A widoki, które mam na co dzień (właściwie jesteśmy sąsiadami), z takiego domu zachwycałyby mnie jeszcze bardziej!
I to właśnie one w dużym stopniu budują klimat tego domu - położenie domu w niewielkiej zatoczce, na sporej górce, z widokami na morze:


Dom ten nie jest dla mnie nowością. Znam go bardzo dobrze, często w nim bywam, ba! kilka miesięcy temu własnoręcznie pomagałam im z kończeniem budowy!
Ale pierwszy raz wzięłam ze sobą aparat, a do tego pogoda dopisała więc dzielę się zdjęciami z Wami!
Żeby nie było, że o dzieciach zapomniałam! Glutek do opieki numer jeden:


A w między czasie zrobiłam chałkę, a właściwie Challah bread, z TEGO przepisu:


Ale wracając do domu..
 To widok na skały znajdujące się na wprost domu, dosłownie jakieś 2 metry od głównej, ścian budynku - tędy wchodzi się do domu. Zazwyczaj spływa w tych miejscach woda z góry, ale jako iż od kilku dni temperatura na minusie, powstały gigantyczne sople! Część z nich już przez nas strącona :)


A tu tym razem glutek numer 2, czyli idziemy na spacer :)
Oraz towarzyszący nam piękny zachód słońca:


W dowód wdzięczności za opiekę nad brzdącami zostałam obdarowana winem, a właściwie to 3 butelkami wina!
Na pierwszy ogień poszło wczoraj rzecz jasna białe :)


Tak, to ja mogę się dziećmi zajmować regularnie!

czwartek, 6 grudnia 2012

Były sobie świnki trzy, świnki trzy, świnki trzy...


Właściwie to dwie, bo trzecia to całkiem niezły okaz!

A o co właściwie chodzi? A o 3 produkty firmy l'Occitane:
- migdałowy krem do rąk,
- silnie odżywczy balsam do ust Masło Shea,
- perfumy w kremie Delice des Fleurs.

 

Zacznę od migdałowego kremu do rąk.

"Bogate w delikatne mleczko migdałowe i wygładzające migdałowe proteiny, ten krem o delikatnej, żelowej formule nawilża i upiększa Twoje dłonie. Krem pozostawia na skórze delikatny zapach kwiatów migdałowca.
Produkt z linii limitowanej."

Fajnie, delikatnie dłonie wygładza oraz nawilża i ma bardzo przyjemną, faktycznie lekko żelową konsystencję. Dobrze się rozprowadza, szybko wchłania i jest wydajny.
Opakowanie też zdaje egzamin.
Najmniej odpowiada mi zapach, za bardzo nawet nie wiem jak go określić - może ziołowy, może lekko duszący, jak dla mnie średnio przyjemny.
Mógłby być dobrym kremem, jednak cena 29,99 zł za maleńką tubkę o pojemności 30 ml sprawia, że nigdy do tego kremu (ani żadnego innego tej marki) nie wrócę.
Dodam, że miałam również wersję z masłem shea, nad którą sporo osób się zachwyca - mnie nie zachwycił, a jego bardzo dziwny zapach wręcz mnie odrzucał i przekazałam go dalej - niech ktoś inny się męczy :D


Produkt następny:
silnie odżywczy balsam do ust Masło Shea.

Obiecanki, cacanki, czyli wyczerpujący opis ze strony producenta:

"Odbudowujący i regenerujący balsam do ust z masłem shea nawilża suchą skórę."


W zasadzie jest to pomadka przeciętna, która moim wiecznie suchym ustom niespecjalnie pomaga, a jeśli już, to na chwile po nałożeniu, o długofalowym działaniu nie ma mowy.
Robi się bardzo miękka w cieplejszych temperaturach i twarda w chłodniejszych - mówiłam, przeciętniak :) Ma delikatny zapach i lekko żółtawy kolor.
Na pewno cena nie jest przeciętna: 32 zł za 5 ml to istne szaleństwo.
A, zapomniałam jeszcze wspomnieć o grudkach, które niestety towarzyszą mi od początku korzystania z tego sztyftu - dobrze widoczne poniżej, a feeee!


No i produkt ostatni, który sprawił, że moje serce bije szybciej:
perfumy w kremie Rose & Violette.
Niestety na stronie producenta (więc zapewne i w sklepach) już ich nie ma, więc będzie to bardziej wzmianka i zachwyt nad ideą produktu, niż polecenie tego konkretnego zapachu.
No właśnie, może od zapachu zacznę. Róża i fiołek (? - wybaczcie, francuskiego nie znam) to zapach nie do końca dla mnie. Jestem fanką lekkich, orzeźwiających, bardziej cytrusowych niż kwiatowych zapachów. Ten jest jak dla mnie po prostu kwiatowy i trochę duszący.
Ale ale, im dłużej go używam (a mam go już od paru dobrych miesięcy), tym bardziej zapach mi się podoba! Szok! Oczywiście nie potrafię opisywać zapachów, więc musicie mi tą powściągliwość wybaczyć.
Za to idea produktu - perfumy w kremie, tak proste, oczywiste i wspaniałe! oczarowała mnie całkowicie!
Poręczne, zgrabne, metalowe pudełko zmieści się nawet w najmniejszej kieszeni!
Świetna alternatywa dla osób, które podobnie jak ja, nie lubią taszczyć ze sobą całych flakonów perfum, ba, nawet ciągle wylewające się próbki już dawno znikły z moje torebki.

Konsystencja tzw wazelinowa, w cieplejszych temperaturach robi się trochę miękka. Dla mnie ok.
Duży plus za wydajność.
Niestety nie jestem w stanie określić ile czasu woń utrzymuje się na skórze, gdyż sama bardzo szybko się przyzwyczajam do wszelakiego rodzaju zapachów, ale myślę, że ok 2-3 godzin.

Jednak taka forma perfum nie jest dla osób, które lubią, gdy zapach ciągnie się za nimi jak długi ogon. Ta forma lewituje delikatnie w okolicach miejsca aplikacji (w moim przypadku pod uszami)
co mnie bardzo odpowiada.


Obecnie w ofercie dominują zapachy słodkawe, takie jak róża czy wiśnia, ale jest też pomarańcza (och jaka szkoda, że nie mogę cię powąchać!) i swego czasu pamiętam, że była również bodajże zielona herbata - coś idealnego dla mnie i na pewno będąc w Polsce nie omieszkam się zorientować w aktualnej - wówczas świątecznej ofercie!


Ceny nie pamiętam, ale z tego co widzę na stronie to ok. 38 zł za 8 ml.
Jestem w stanie tyle wydać i na pewno to zrobię! 


Swoją drogą jestem zażenowana jakością strony internetowej tej marki, gdzie opisy produktów są delikatnie mówiąc minimalistyczne... No ale na szczęście nie robię zakupów przez internet
(oprócz dnia darmowej dostawy, rzecz jasna ;).

I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami i życzę miłej reszty dzionka!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...