wtorek, 29 stycznia 2013

Być jak..


No właśnie, jak kto?
Posłuchajcie (najlepiej kilka razy!) i miejcie wyśmienity humor cały dzień!





piątek, 25 stycznia 2013

O połączeniu iście baśniowym


No bo kto na zestawienie słów: Green Tea i Honey Drops, chociaż na chwilę nie przeniósł by się w baśniową krainę? Kosmetyczną, rzecz jasna, baśniowa krainę. Dla mnie sam zlepek tych wyrazów to coś magicznego, a połączenie zielonej herbaty i miodu - ideał.


A mowa dziś będzie o produkcie Elizabeth Arden, Green Tea Honey Drops Body Cream.
Przezroczyste opakowania nie są najlepszymi do fotografowania,
dlatego poniżej po prawej 'profesjonalne' zdjęcie pożyczone z internetu (tak dla lepszego podglądu ;)

                                                                                                                        Źródło

Opis ze strony producenta:
Soften, soothe and condition your skin with our super moisturizing all-over body cream infused with a blend of real honey and fragrant green tea extract to help calm and condition dry skin.
Fragrance Mood: Energizing. Refreshing. Uplifting. From a lush, green world of freshness comes Elizabeth Arden Green Tea, the fragrance that energizes the body, excites the senses and invigorates the spirit. Our super moisturizing all-over body cream infused with a blend of real honey and fragrant green tea extract helps to calm and condition dry skin.
Top: Meyer Lemon, Sicilian Mandarin, Spearmint, Wild Chamomile. Middle: Green Tea, Oolong Tea, Organic Lavender Bulgarian Orpur, French Lavender Absolute Orpur, Chinese Magnolia. Drydown: Soft Skin Musks, Birchwood, Ambrette Seed.


Zacznę od konsystencji, która jest dla mnie nowością.
Nawet nie tyle konsystencja, co zanurzone w produkcie 'krople' miodu (?).
Moja pierwsza myśl: Idealnie równiutkie te kawałki miodu..
Ale trzeba przyznać, że na sklepowej półce to właśnie dzięki nim produkt przyciągnąłby moją uwagę.
W prawdzie obecność 'czegoś' w balsamie (tudzież, albo przede wszystkim, w żelach pod prysznic) sugeruje właściwości peelingujące, niemniej jednak szybko sięgnęłabym po ten balsam - masło, chociażby w celu zapoznania się z opisem.

Na zdjęciu poniżej resztka, która została odsunięta na kilka miesięcy w kąt na rzecz innego balsamu.
Na kolejnym zdjęciu poniżej konsystencja "nienadająca" się już do użytku - balsam stwardniał, zrobił się sztywny i właściwie niemożliwy do rozsmarowania. Więc zasadniczo zdjęcie nie oddaje prawdziwego charakteru konsystencji (która jest lekka, dosyć tłusta ale fajnie się wchłania i dobrze rozprowadza), no ale wrzucam.
A co z "kroplami"?
A no nic, zazwyczaj fajnie się topią - zwłaszcza po kąpieli, gdy nasza skóra jest rozgrzana i chłonie wszelakie mazidła jak gąbka, ale bywały dni (zwłaszcza zimową porą na niepokapielowej skórze), gdzie zostawały na mym przesuszonym grzbiecie.


Moje opakowanie (zwykłe, proste, odkręcane, wielkie plastikowe pudełko, bez szału) ma (miało) 500 ml i starczyło mi na wiele miesięcy - wydajność dzięki lekko tłustawej formule pierwsza klasa! Polubiliśmy się, i to bardzo, zwłaszcza w zeszłoroczną zimę - na upały jest za tłusty. W moim przypadku zadziwiający był efekt zmniejszenia zaczerwienienia skóry (spowodowanego przeróżnymi czynnikami) i po raz pierwszy w życiu - nie podrażnianie jej po goleniu!
Zapach lekki i przyjemy, z cyklu delikatnego odświeżenia, które uwielbiam.

Składniki - poniżej fotos, ale również skład, zapożyczony z internetu


Water (Aqua), Cetearyl Alcohol, Mineral Oil (Paraffinum Liquidum), Fragrance (Parfum), Liquidium, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycerin, Glyceryl Stearate, Cetyl Acetate, C12-15 Alkyl Benzoate, Dimethicone, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Algea Extract, Aloe Barbadensis Leaf, Anthemis Nobilis Flower Extract, Calendula Officinalis Flower Extract, Camellia Oleifera (Green Tea) Leaf Extract, Ginkgo Biloba Leaf Extract, Triticum Vulgare Wheat Germ Oil, Tocopherol, Tocopheryl Acetate, Acetylated Lanolin Alcohol, Wheat Germ Glycerides, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Extract, Honey (Mel), Lactose, Propylene Cyclopentasilaxone, Dimethicone, Dimethicone Copolymer, Citral, Citronellol, Geranoil, HydroxyCitronellal, Hydroxyisohexyl 3 (Cyclohexene Carboxaldehyde), Carboxaldehyde, Isoeugenol, Limonene, Linalool, Methylparaben, Phenoxyethanol, Propylparaben, Sodium Dehydroacetate, Chloroxylenol, Iron Oxides (CI 77491)

Tak jak dzięki stronie wizualnej produktu szybko wskoczyłby w mą dłoń, tak dzięki cenie szybko by z tej dłoni wyskoczył.
Na stronie producenta 250 ml to koszt ok $20.
Więc jak będę już obrzydliwie bogata, na pewno po niego sama, dobrowolnie sięgnę.
(P.s. na stronie producenta wyczaiłam ten sam produkt, ale z dodatkiem wiśni, to musi być dopiero fantazja! 'Ciociu z chameryki, uśmiecham się szeroko do ciebie!)

poniedziałek, 21 stycznia 2013

The Eagle


Mieszkam w bardzo ciekawym miejscu.
Obok mnie mieszkają orły.
Śmieszna sprawa, gdy tak po prostu latają sobie nad moim domem.
Codziennie.



niedziela, 20 stycznia 2013

Today is the day...


...when I regret yesterday.


Czyli nic innego jak syndrom dnia wczorajszego.

Miałam dziś zrobić notkę o balsami Elizabeth Arden, ale po czasie jaki mój mózg potrzebował na skumanie zdania: Soften, soothe and condition your skin with our super moisturizing all-over body cream infused with a blend of real honey and fragrant green tea extract to help calm and condition dry skin., stwierdziłam, że może jednak jutro.
Mam ochotę przejść się na spacer, ale, z nieznanych mi przyczyn, ból rozsadza mi policzek (nie wiem co gorsze - zatoki czy ząb?) więc może walne się do łoża i nadrobię zaległości w spaniu...
Tak, wiem, ja to mam życiowe problemy.. No cóż, dziś skupiam się tylko na tych dwóch.

Miłej niedzieli, for all of you!

wtorek, 15 stycznia 2013

Walk on the wild side


Lewis: Barb, would you like to take a walk on the wild side, with me?
Barbara: It will be my pleaseur.

Never ending, happy story...



Lou Reed - Walk on the wild side


 

sobota, 12 stycznia 2013

Pa pa, smrody!


Robię porządki w mej łazience. Ale nie takie cotygodniowe, ale takie przez duże P.
Wszystkie zakamarki, a niestety jest ich trochę, wszystkie chomikowalnie i przechowalnie kosmetyków dogłębnie przeglądam.
Część z nich jest już za stara, zbyt nudna, część zupełnie się nie sprawdziła, a część w ogóle nie wiem skąd się wzięła :)
Karton do którego wrzucam niechciane już więcej kosmetyki powoli zapelnia się po brzegi.
Do śmieci na pewno powędrują dwie perfumy: Chanel i Naomi Cambell. Obie to oczywiście prezenty, kompletnie nie trafione w mój nosowy gust. COCO namiętnie używała moja przyjaciółka za każdym razem mnie odwiedzając, dlatego buteleczka stała dzielnie na mej półce specjalnie dla niej, ale gdy po ciąży węch jej totalnie się zmienił, i jej przestał odpowiadać więc mówię mu PaPa!


Idę sprzątać dalej. W planach była jeszcze kuchnia, ale chyba zostawię to na następny weekend.
Czy wspominałam Wam, że będąc w PL w okresie świątecznym, znalazłam w mej kuchni przyprawę przeterminowaną 14 lat? To się nazywa wyczyn :D
Miłego weekendu!

czwartek, 10 stycznia 2013

Znów ta daleka północ...


Czyli znów jestem w Norge. Po 3 wspaniałych, intensywnych, choć momentami również smutnych i meczących tygodniach, przyszła pora wracać do szarej rzeczywistości.


Podroż, jak to zawsze, była długa, w zasadzie ostatnia jej cześć, teoretycznie najkrótsza, zabrała najwięcej czasu. Do tego zrobiłam sobie dodatkowe kilka godzin postoju w Trondheim na załatwienie papierkowych spraw (rzecz jasna nic nie załatwiłam :/), a skończyłam, jak zazwyczaj, na małych zakupach. Takich typowych dla zabicia czasu :)

Na początek coś, na co patrzeć przestać nie mogę - nowy kubek, bo czasami mam nawrót kubkowej zbierackiej choroby :) w kolorze, którego nie potrafię określić (nieco bardziej zielony niż na fot :)
A skoro jest nowy kubek, to coś dobrego trzeba z niego wypić czyli nowa owocowa herbata - mieszanka hibiskusa, jabłka, owoców róży, papai, chabru i aromatów pachnie nieziemsko! Smakuje całkiem nieźle.
Pozostając w tematyce kuchennej, zaopatrzyłam się w silikonowe foremki na babeczki, oczywiście kolejna niezbędna rzecz, w pięknym zielonym kolorze :)


Teraz coś z branży odzieżowej :) I mimo, że trwa 'Sezonowa wyprzedaż' (niespecjalnie na mnie działająca - w Polsce na 'zakupach' kupiłam sobie aż jedną podkoszulkę o_O) i staram się nie zawieszać oka na nowych kolekcjach, a na przecenionych szmatach, tak miluchne angorowe (niestety nietanie) skarpetki - dwa dwupaki musiały trafić do mej szuflady. Jedną mam dziś na stopencji, i jak na razie (nie jest specjalnie zimno na zewnątrz) dają radę:


No i coś do łazienki przygarnęłam: pseudo wiklinowy - sznurkowy(?) koszyczek na kilka pierdół przy umywalce oraz kilka kosmetyków widocznych na ostatnim zdjęciu.


Antyperspirant Vichy, Stress Resist chyba nie jest dostępny (jeszcze) w PL (mogę się mylić), ale gdy zerwałam tylną norweską naklejkę aby poczytać co na nim piszą w bardziej cywilizowanym języku, o ironio, okazało się, że jest po polskiemu :)
Do tego tonik z l'Oreala, Triple Active Balance, chyba go kiedyś miałam i chyba go lubiłam. Zobaczymy.
'Poranne' masło do ciała z The Body Shop oraz krem do dłoni i paznokci - i tu jest trochę dziwnie, bo za firmą TBS średnio przepadam. No ale tak, kiedy dzieci się nudzą, robią różne dziwne rzeczy, więc i ja zrobiłam i kupiłam.

To tyle drobiazgów z wizyty w 'mieście'. Oczywiście w Polsce też kilka takowych nabyłam. Może będzie notka. Chociaż sporo rzeczy musiałam zostawić i przyjadą do mnie dopiero w marcu, więc może poczekam do tego czasu. Łi łil si :)
Teraz muszę jeszcze tylko rozpakować torbę i zacznę odliczanie do kolejnego, wielkanocnego wyjazdu do Polszy!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...