poniedziałek, 11 lutego 2013

Mniejsza z wiosną! Czuję lato!


Jest to jedne z tych utworów, które kojarzą się z danym dniem, okresem, wydarzeniem...
Czyli ja, Opener i trójmiejska plaża...
(chociaż nie mam pojęcia, czemu jest to akurat ta piosenka, ale uwielbiam ja nad życie!)




I to nie prawda, że poniedziałek da się lubić tylko gdy jest wolny :P
(jak to przed chwilą zobaczyłam u Pauli :)
Wystarczy odpowiednia muzyka!

niedziela, 10 lutego 2013

Bo wczoraj był piekny dzień.


No właśnie. W foto skrócie.
Było piękne słońce, morze, góry i las.
Nie obyło się bez orłów, pięknego zachodu słońca i pysznej kolacji.
Plus odmarznięte kończyny, ale kto by się tym przejmował.


A dziś?
A dziś: wskrzeszenie starego uzależnienia, zrobiona wczorajsza chałka i dżem z najlepszych truskawek świata!


Miłej reszty weekendu Wam życzę!
Cmok!

sobota, 2 lutego 2013

Lush, Iwostin i Joanna


Podziwiam (chociaż chyba jednak słowo podziwiam nie jest odpowiednie, ale ciężko mi się dziś myśli, niech więc już będzie) dziewczyny, które regularnie (zwłaszcza te z częstotliwością comiesięczną) prezentują swoje "puste opakowania". Idea jest jak najbardziej ok, ale ilości zużytych produktów zazwyczaj mnie delikatnie mówiąc zaskakują. I żeby nie było, sama uwielbiam takie posty, zwłaszcza (i chyba tylko wtedy) gdy kosmetyk na danym blogu recenzowany jest po raz pierwszy.
Po za tym kilka - kilkanaście odnośników "recenzja tutaj" nie przemawia do mnie
(tak, też stosuje takie zabiegi, więc luz!)
I nie chodzi tez o to, że ktoś zużywa dużo - mało kosmetyków, jest to sprawa zupełnie indywidualna, ale za każdym razem gdy widzę stosy opakowań, jestem pełna PODZIWU, że można w jakimś tam okresie czasu tyle wszystkiego zużyć. Niby ja się regularnie myję kremuję, dbam o swe ciało codziennie, no zazwyczaj codziennie ;) ale takie stosy to masakra! - taka mala, zupełnie zbędna dygresja.

Było słowo wstępu, czas na rozwinięcie :)
Dziś będzie o 4 produktach, które się skończyły w ostatnich 2 dniach.
Notabene kiedyś próbowałam puste opakowania systematycznie odkładać w jedno miejsce, ale jak się okazuje, też nie jest to dla mnie (może wtedy bym zrozumiała, że też duzo wszystkiego zużywam? jednak gorzej gdyby w ślad za tym szło postanowienie: "nie biorę prysznicu codziennie bo za dużo żelu zużywam, nie kremuje się bo to już ente puste opakowanie w worku...").
Ale tak sobie właśnie myślę, że chyba mam jakieś puste opakowania w "śmieciach" - torbie z papierem i plastikiem, segreguje ją przed wyniesieniem do kontenera, więc jak coś znajdę to też zrobię DENKO!
A co! :D

Dobra! Do sedna bo pisze o głupotach!

Zaczynam od lewej:
-Lush, Ocean Salt - peeling do twarzy;
- Iwostin Lipidia - krem do twarzy;
- Joanna, Fruit Fantasy - peeling do ciała;
- Lush, Angels On Bare Skin - produkt do mycia twarzy.


Ten produkt Lusha (jak i pozostałe 2 - jedne opisany na samym końcu, drugi wciąż w użyciu) - Ocean Salt, zakupiłam jesienią zeszłego roku - to tak w ramach wyjaśnienia skąd do jasnej ciasnej o tej porze znalazłam zielonkawą trawę na zdjęciach poniżej - późnią jesienią zrobiłam zdjęcia (bo miała być recenzja "w trakcie używania", ale wyszła przy okazji pustego dna..).

Ocean Salt to peeling do twarzy. Peeling mocny, konkretny, ładnie oczyszczający skórę, pozostawiając ją widocznie wygładzoną i niesamowicie miłą w dotyku.
 Zapach z gatunku cytrusowych, jednak jak dla mnie trochę zbyt chemiczny, konsystencja kremowa, dobrze rozprowadzająca się i przyjemna w aplikacji.
Jednak jak dla mnie efekt ścierania - jak dla twarzy jest za mocny. Dlatego też po kilku próbach zużyłam go na ciele.
Nie mniej, jeśli gustujecie w mocnym ścieraniu waszego lica - bo ja ostatnio coraz mniej, polecam!


Kolejny produkt również do twarzy, również ostatecznie zużyty niestety na ciało...
Iwostin Lipidia krem lipidowy jest kremem okrutnym.
Przynajmniej dla mojej mieszanej cery - fakt, jest przeznaczony do skóry suchej, ale wyjaśniam od razu, że w momencie zakupu moja twarz była mocno wysuszona TriAcnealem i owe lipidy miały mi pomóc.
Tak się jednak nie stało. Krem jest bardzo, bardzo tłusty. I nie jest to bynajmniej ten rodzaj tłuszczu, przy którym mamy wrażenie: "ok, jest tłusty, ale robi świetnie mojej cerze", jest to tłuszcz pt: "wchłoń się kurna wreszcie i przestań tak chamsko świecić na mojej twarzy!".
Krem bardzo długo się wchłania, na wiele godzin pozostawiając skórę mega błyszczącą. Nie wyobrażam sobie stosować go na dzień. W dodatku z moja cerą nie robił nic.
Do tego butelka ma 75 ml, więc jak na twarz sporo... Używałam, odstawiałam, znów używałam, i w rezultacie końcówkę zużyłam na ciało bo już nie mogłam się więcej tak katować...

Pora na produkt który równiez zużyłam na ciele, ale dzięki bogu takie było jego przeznaczenie!
Joanna, peeling gruboziarnisty, Fruit Fantasy rajskie jabłuszko.
Fajny peeling gruboziarnisty, rzecz jasna składem mocno odbiegający chociażby od wyżej wspomnianego Lusha, ale mi odpowiada.
Za cenę paru złotych (sory, nie pamiętam dokładnie) dostaję satysfakcjonującą mnie dawkę ścierania. Jednak po owym ścieraniu niezbędne jest nałożenie jakiegoś nawilżacza na nasz skórę, najlepiej coś oleistego.
Zapach trochę sztuczny, a konsystencja trochę za rzadka.
Jednak za tą cenę kupiłabym go ponownie.


Pora na produkt najlepszy w tym mini zestawieniu, Lush Angels On Bare Skin.
Jeśli miałabym zrobić Ulubieńców 2012 roku - czego oczywiście nie zrobiłam i zrobić nie zamierzam (w szk to już luty! OMG!), byłby to ulubieniec nr 1. Nazwałabym go wręcz odkryciem mojego życia!
Aż muszę wziąc sobie głębszy oddech, bo za bardzo zaczynam się ekscytować...
Produkt jest niewielki bo ma 100 g (o cenę nie pytajcie bo nie mam pojęcia, ale pewnie jak wszystkie kosmetyki tej marki do najtańszych nie należał) i jak to na Lusha przystało jest w otwieranym - odkręcanym pudełku. I jest to jego wada. Jedyna i największa. No, w sumie do konsystencji produktu też bym się przyczepiła, ale po kolei.
Fakt codziennego zanurzania mokrych palców w produkcie, który ma postać raczej stałą niż płynną trochę mija się z celem. Toż to za każdym razem trochę wody się tam dostaje, w rezultacie czego konsystencja stało-sypka zaczyna przemieniać się w posklejane grudy. Niefajnie.
Po za tym pudełko otwierane w ten sposób kompletnie nie funkcjonuje pod prysznicem.
A! Jeszcze aplikacja. Jak wspomniałam produkt jest w konsystencji stało-sypkiej, nabieramy go na dłoń, mieszamy z wodą i na twarz. I niestety sporo produktu się marnuje - przynajmniej ja nie dawałam sobie rady z doborem odpowiedniej ilości wolny, więc spora część lądowała na ziemi - czytaj brodziku, tzn. wannie..
Ale kogo właściwie to obchodzi, jeśli już po tych strasznych męczarniach z otwieraniem, aplikacją i w ogóle be-pierwszym wrażeniu, otrzymuję najmilsza, najgładszą, najcudowniejszą twarz jaką w życiu miałam! I jak się okazuje nie potrzebuję mocnego peelingu aby uzyskać taki efekt - aluzja rzecz jasna do pierwszego produktu opisanego w tym poście, ani specjalnych maseczek, ani bóg wie czego, skoro mam to, tu, teraz, wszystko w jednej chwili!
Jest to produkt rewelacyjny. Nie żałuję ani grosza wydanego na niego (a właściwie to norweskiej korony) i na pewno po niego sięgnę ponownie!


No widzicie, cały poemat wyszedł z opisywania tylko 4 produktów, a teraz pomyślcie sobie, że mam do opisania całą siatę!
No! Dziękuję za uwagę i miłego dnia życzę!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...